Kochamy tworzyć sztuczne deficyty, być nieszczęśliwymi i bez przerwy czegoś oczekiwać.
Cały czas na coś czekamy, jesteśmy tak bardzo wierni swojemu oczekiwaniu,
że gdy nadchodzi to, na co czekaliśmy - nie jesteśmy w stanie się z tego cieszyć, ponieważ to nie jest całkiem to, o co chodziło, czego chcieliśmy, na co czekaliśmy i co zdążyliśmy już pokochać.
Albo już tego nie potrzebujemy, odechciało nam się, jak gdyby "zamówienie" było na konkretny termin, dzień i godzinę.
Koniec roku coraz bliżej. Przykro na serduchu się robi na myśl, że będę musiała oddać swoich czortów. W końcu to moi pierwsi. Zapamiętani do końca życia. Chlip chlip.
Wzięłam się w końcu za korepetycje. Na razie mam dwóch uczniów. Z czasem ich pewnie przybędzie. Oby ;)
Z Aja układa się bardzo dobrze. Czasem się podroczymy, czasem popłaczemy, a czasem pokrzyczymy na siebie. Najważniejsze, że cały czas jest miłośnie i bardzo dużo się śmiejemy... do siebie i z siebie nawzajem ;)
Ostatnio miałam grubaskową załamkę. Płakałam sporo. I wkurwiałam się bardzo. Bo biegam, bo mam mnóstwo wyrzeczeń, bo się staram tak bardzo i prawie nic a nic w dół. Mogłabym rzec, że jak gruba byłam tak dalej jestem. I wkurw mnie brał kiedy zobaczyłam siostrę po m-cu. Chudą. Prawie jak patyk. Jak pizze o dwudziestej drugiej z minutami wpierniczała. I między kęsami a moimi łzami mówiła, że tylko słodkie odstawiła. I nawet ćwiczyć jej się nie chce. FUCK! I moja mamuśka... druga w kolejce. Wpiernicza trzy wafelki XXL. Jeden za drugim. I ubrania coraz to o rozmiar mniejsze. I ćwiczyć tym bardziej nie ma zamiaru. FUCK! FUCK! FUCK! I w końcu po hektolitrach wylanych łez, po armagedonie w mojej głowie i po tysiącach kwiecistych słów jakoś tak postanowiłam bardziej zaangażować się w akceptację siebie. I z szafy wywaliłam ubrania, których już nie noszę, bo brzydkie. I te, które są za małe, bo co rano o płacz i samookaleczające myśli mnie przyprawiały. I biegać jakoś chętniej mi się zaczęło. I nawet jak czasem mi się nie chce, to nie jęczę. I jakoś tak zdrowiej podeszłam do jedzenia. I nawet jeżeli waga nie spadnie, to po uj mam się zadręczać? Bo ... "ja też jestem nienajgorsza... i włosy mam ładne... długie... czarne... oczy niebieskie... rozmazane trochę, ale nie szkodzi (...)" ;) ;) ;)


Pierwszych zawsze będziesz pamiętać:)))
OdpowiedzUsuńAno koniec niedługo, a potem pierwszy rok reformy jego mać wprowadzanej wbrew rodzicom przez debili...:/ No comments.
Ja ćwiczę z Nikodemem z Primavery, fajnie tłumaczy, czasem wrócę do Mel B, no i w końcu wróciłam do biegania- forma jest, reszta przejdzie z czasem:)
A majówkę spędzam trochę w domu , trochę nie w domu, picie weekendowe zaczynam już dziś, jutro z kolei tańce w klubie:D
dokładnie miałam podobnie pomimo starań waga nie spadała... ale najważniejsze zrobiłaś trzeba się zaakceptować i zmienić garderobę. Zdrowe podejście to podstawa
OdpowiedzUsuńOooj nie doluj sie.... Nie masz powodow :) Piekna jestes i Ktos Cie kocha , a to najwazniejsze. Ja nadal cwcze z Chodakowska, masz racje , niektore sesje sa nudnawe, ale mam pare ulubionych i tego sie trzymam ;) XXX
OdpowiedzUsuńMoże bark spadku wagi pomimo ćwiczeń i diety leży gdzie indziej ? Ja dostałam skierowanie do badań w kierunku cukrzycy.
OdpowiedzUsuńWitaj a klubie. Ja też w dołku odchudzeniowym. Marzec, kwieceń ćwiczyłam jak szalona. Żarłam samo zielone. I co i nic!!! Ani grama, więc stwierdziłam, że to pierdzielę. Przestałam ćwiczyć zaczęłam jeść na to co mam ochotę i? Waga też stoi w miejscu :P hahahah ale przynajmniej się nie katuję. W każdym razie stwierdziłam, że tak być nie może. Od dwóch dni wróciłam do aktywności, dietetyczne jedzenie, regularne posiłki i 2 litry wody. I k**wa jego m*c 1 kg do góry!!!!!!! Ja pierdzielę całą tą dietę.
OdpowiedzUsuńWracam do blogowania pod nowym adresem:
OdpowiedzUsuńsosnowicz-anka.blogspot.com
Zapraszam i pozdrawiam/ dawna Anewiz